Panasonic Lumix G 12-32 mm f/3,5-5,6 - nowy rozdział wśród obiektywów [test]

Lumix G 12–32 mm f/3,5–5,6 ASPH MEGA O.I.S. nie jest jakimś tam kolejnym obiektywem w ofercie Panasonica. Ten niepozorny zoom otwiera nową linię "szkieł" tego producenta, dlatego warto przyjrzeć mu się bardziej szczegółowo - pisze nasz gościnny autor Tomasz Kulas prowadzący blog www.m43.eu. To pierwszy test tego obiektywu na świecie!

Firmware testowanego egzemplarza obiektywu miał numer 1.0. Zdjęcia laboratoryjne wykonane zostały za pomocą Olympusa OM-D E-M5 (firmware 1.2) i wywołane programem Adobe Lightroom 4 (przy jednakowych ustawieniach dla wszystkich testów).

Firmware testowanego egzemplarza obiektywu miał numer 1.0. Zdjęcia laboratoryjne wykonane zostały za pomocą Olympusa OM-D E-M5 (firmware 1.2) i wywołane programem Adobe Lightroom 4 (przy jednakowych ustawieniach dla wszystkich testów).

Co odróżnia go od innych obiektywów Panasonica? Jest mniejszy! Wyraźnie mniejszy nawet od naleśników 14 mm i 20 mm, zwłaszcza pod względem średnicy. Ma też nieco inną stylistykę, a zamiast czerwonej kropki, ułatwiającej mocowanie obiektywu na korpusie, ma kropkę białą. To oczywiście tylko drobiazgi, ale dość istotne – już na pierwszy rzut oka podkreślające częściową odrębność linii obiektywów, którą zapoczątkował właśnie Lumix G 12–32 mm, a do której należeć też będzie w przyszłości chociażby zoom 35–100 mm. A równocześnie to normalny, pełnoprawny obiektyw systemu Mikro Cztery Trzecie, który możemy podłączyć do dowolnego korpusu Olympusa i Panasonica z zachowaniem pełnej funkcjonalności i wygody użytkowania.

W kontekście jego mocno naleśnikowych rozmiarów najbardziej dziwne jest właśnie to, że mamy do czynienia z zoomem. Mało tego – z zoomem, którego ogniskowa zmieniana jest całkowicie mechanicznie, a nie elektrycznie, jak ma to miejsce w konstrukcjach typu Power Zoom. Dzięki temu otrzymujemy w jednym obiektywie całkiem ciekawy zakres ogniskowych, miły zwłaszcza ze względu na szerokokątny początek. 12 mm to w przeliczeniu na mały obrazek 24 mm – przy takim kącie widzenia obiektyw świetnie nadaje się do zdjęć reportażowych, dokumentacyjnych albo street photo. Maksymalna ogniskowa już tak nie imponuje, ale 32 mm (64 mm dla małego obrazka) pozwoli już od biedy wykonywać nawet zdjęcia portretowe. To wszystko przy zachowaniu jasności typowej dla większych zoomów – f/3,5–5,6 to bardzo często spotykane maksymalne otwory przysłony.

Wygląda zatem na to, że Panasonic 12–32 mm ma całkiem poważne argumenty, by zainteresować wszystkich miłośników Mikro Cztery Trzecie, którzy cenią sobie niewielkie rozmiary sprzętu fotograficznego, przy równoczesnym zachowaniu wygody obsługi, szybkości pracy i jakości obrazu. Warto zatem dokładniej sprawdzić, jak poradzi sobie ten obiektyw w praktyce oraz w laboratorium.

Dane techniczne

Budowa zewnętrzna

Najbardziej niezwykłą cechę budowy tego obiektywu najtrudniej zauważyć, choć tak naprawdę wszystko jest wyraźnie widoczne. Czy wiecie, o czym mówię? Z ręką na sercu – ja dostrzegłem to dopiero po dwóch dniach fotografowania tym obiektywem ;-) A to przecież takie oczywiste…

Panasonic 12–32 mm wyposażony jest w mechanizm “parkowania” soczewek, czyli składania całej konstrukcji do pozycji transportowej. Jest wtedy rzeczywiście niezwykle mały, po prostu “naleśnikowy”.

Sęk w tym, że Panasonic 12–32 mm nie ma pokrętła ręcznej regulacji ostrości. Nie ma! Zero! Null! Nawet odrobinki! Nawet tyciusieńkiego paseczka! W dzisiejszych czasach dość rzadko zdarza się, żebyśmy chcieli ręcznie ustawić ostrość, zamiast zdawać się na autofokus, ale jednak takie sytuacje czasami mają miejsce, np. przy filmowaniu lub w fotografii makro. W przypadku tego obiektywu ręczne ostrzenie jest po prostu niemożliwe!

Jak już otrząsnąłem się z lekkiego szoku, dotarło do mnie, że to może być całkiem sensowne rozwiązanie. Z kilku powodów. Po pierwsze, dzięki temu znalazło się więcej miejsca na pokrętło zmiany ogniskowej, które jest dzięki temu dość szerokie i umieszczone na samym przodzie obiektywu. A że przy okazji jest to jedyna (nie licząc bagnetu) metalowa część zewnętrznej budowy zoomu, świetnie chroni cały obiektyw przed uszkodzeniami mechanicznymi i roztacza ogólnie solidne, właśnie bardzo “metalowe” wrażenie. Po drugie, obiektyw 12–32 mm pomyślany został jako towarzysz Panasonica GM1, który prawdopodobnie w dużej mierze kupowany będzie przez mniej zaawansowanych użytkowników. Dla tych bardziej zaawansowanych przeznaczony jest przecież GX7 albo GH3, o G6 i GF6 nie wspominając. Jeśli to założenie jest słuszne (osobiście GM1 bardzo mi się podoba i nie czuję się mało zaawansowany ;-) ), to notoryczne korzystanie z autofokusu jest jak najbardziej logiczne.

Zobacz również: Wideotest Canon Powershot G15

Przednia ścianka obiektywu wykonana jest z tworzyw sztucznych, natomiast obręcze na korpusie (za pokrętłem zoomowania) są metalowe. Na obiektywie nie znajdziemy żadnych przełączników, dlatego przełączanie AF/MF (bo tryb MF można włączyć, nie można tylko przemieszczać ręcznie soczewek) albo włączanie/wyłączanie stabilizacji odbywają się wyłącznie z poziomu korpusu aparatu.

Samo metalowe pokrętło zoomowania pokryte jest drobnym karbowaniem, dzięki czemu świetnie trzyma się dłoni. Gdy przekręcimy je w prawo, następuje odblokowanie obiektywu, który dość raptownie zwiększa swoją długość. Z 24 mm robi się nagle nawet 47 mm – prawie dwa razy więcej! Opór stawiany przez pokrętło oceniam jako nieco zbyt duży, ale najważniejsze, że jest to opór płynny. Zwiększa się on gwałtownie dopiero przy ogniskowej 12 mm – jeśli chcemy złożyć obiektyw, musimy ten opór pokonać, dalej obracając pokrętło w lewo.

Budowa wewnętrzna

Trzeba przyznać, że – jak na zoom – budowa Panasonica 12–32 mm jest wyjątkowo prosta. 8 soczewek w rozmieszczonych w 7 grupach to liczby zdecydowanie poniżej średniej. Co ciekawe, taki sam układ (8/7) mają jednak również standardowe zoomy Olympusa 14–42 mm f/3,5–5,6 II i IIR, również wyposażone w mechanizm “parkowania” soczewek na czas transportu. Natomiast zoomy Panasonica 14–42 mm i 14–45 mm, które nie oferują mechanizmu “kompresji”, zbudowane są już z 12 soczewek w 9 grupach.

Wszystkie soczewki są stosunkowo duże. Nie widać tu sytuacji w której przednia soczewka lub przednia grupa soczewek wyraźnie góruje nad pozostałymi.

3 soczewki (zaznaczone na różowo) mają asferyczny kształt, a 1 (zaznaczona na niebiesko) wykonana jest ze szkła ED o niskiej dyspersji.

Możemy spodziewać się spadku jakości obrazu poza centrum kadru. Widać wyraźną różnicę między pomiarami dokonanymi na parach linii umieszczonych prostopadle do krzywizny obiektywu (S)oraz równoległych do krzywizny obiektywu (M).

Mechanizm przysłony zbudowany jest w sposób typowy dla Mikro Cztery Trzecie – składa się z 7 zaokrąglonych listków, tworzących wspólnie otwór mniej lub bardziej zbliżony do koła. Minimalny otwór przysłony to ustalone “odgórnie” f/22, natomiast maksymalny otwór jest zmienny i w zależności od długości ogniskowej wynosi f/3,5–5,6.

Warto również pamiętać o wbudowanym mechanizmie stabilizacji optycznej, co naprawdę wygląda imponująco, jeśli weźmiemy pod uwagę niewielkie rozmiary obiektywu. Panasonic oznaczył ten mechanizm jako Mega O.I.S., czyli mniej skuteczną z dwóch wersji stabilizacji (druga to Power O.I.S.). W czasie wykonywania wieczornych zdjęć Panasonikiem GM1 udawało mi się bezpiecznie wydłużać dopuszczalny czas naświetlania o 2–3 EV (4-krotnie lub 8-krotnie), ale rejestrowałem też ostre zdjęcia nawet przy czasie wydłużonym o ponad 4 EV.

Powłoki antyodblaskowe wyraźnie zabarwiają przednią soczewkę obiektywu. Widać też świetnie siedem zaokrąglonych listków tworzących mechanizm przysłony.

Obiektyw ma też oczywiście wbudowany własny napęd autofokusu. Tylna soczewka cały czas pozostaje nieruchoma (nie ma ryzyka zassania kurzu z wnętrza aparatu!), a przednia nie obraca się ani w czasie ustawiania ostrości, ani podczas zmieniania ogniskowej.

W praktyce

Inżynierowie Panasonica zrobili dwie imponujące rzeczy. Poprzez Lumixa GM1 pokazali, jak małe mogą być aparaty systemu Mikro Cztery Trzecie. Natomiast dzięki zoomowi 12–32 mm pokazali, jak nieduże mogą być również obiektywy. Żaden bezlusterkowy system APS-C, a tym bardziej pełnoklatkowy, nigdy takiego obiektywu nie zaoferuje. To kwintesencja tego, co wielu użytkowników lubi w systemie Mikro Cztery Trzecie – obiektyw niezwykle mały i lekki, a przy tym oferujący przyzwoite parametry optyczne. A także świetną kulturę pracy.

Obiektyw zbudowany jest z trzech tubusów, z których najmniejszy maksymalnie wysuwa się przy ogniskowej 12 mm.

Podczas fotografowania trzymamy oczywiście zoom w postaci rozsuniętej, ale i bez tego obiektyw jest wystarczająco długi, by można było dość swobodnie podeprzeć go od dołu lewą dłonią, trzymając w niej równocześnie pokrętło zmiany ogniskowej. Oczywiście nie jest to taki sam poziom wygody, jak przy dłuższych obiektywach, spoczywających mocniej na wnętrzu lewej dłoni, ale nadal jest to wygoda, a nie niewygoda.

Tak nieduży zoom dobrze wygląda zarówno na maleńkim Panasonicu GM1, jak i na większym Olympusie OM-D E-M5. I z obydwoma korpusami współpracuje bez najmniejszych problemów.

Silnik odpowiedzialny za przemieszczanie grupy soczewek regulujących ostrość działa cicho, ale nie bardzo cicho. Jest słyszalny nawet z odległości ok. pół metra, w normalnym pomieszczeniu z zauważalnym “szumem tła” (pracujący komputer itp.). Nie jest to jednak uciążliwy dźwięk, coś w rodzaju chwilowego głośniejszego szumu. Żadnego bzyczenia, piszczenia czy czegoś w tym rodzaju.

Średnica Lumixa G 12–32 mm zdecydowanie bardziej zbliżona jest do średnicy obiektywów Olympusa (np. 45 mm f/1,8) niż do rdzennych konstrukcji Panasonica. Wiele obiektywów Olympusa lepiej pasuje do korpusu GM1, niż oryginalne “szkła” firmy Panasonic

Szybkość ustawiania ostrości jest przeciętna, a nawet trochę poniżej przeciętnej. Oczywiście mam tu na myśli bardzo wysoki poziom charakterystyczny dla większości obiektywów Mikro Cztery Trzecie. Na ich tle Lumix G 12–32 mm wypada nieco gorzej, ale nie jest to jakaś radykalna różnica. Ogólnie nadal jest to autofokus sprawny i szybki – po prostu inne obiektywy, takie jak np. Panasonic 12–35 mm, są wręcz pierońsko szybkie ;-)

Ciężko mówić o jakiejkolwiek obsłudze tego obiektywu, bo poza zmianą ogniskowej nie da się już przy nim niczego zmajstrować, przełączyć albo przekręcić. Samą ogniskową zmienia się zaś płynnie, przy nieco zbyt wyraźnym oporze pokrętła zoomowania.

Test ostrości obrazu i aberracji chromatycznej

12–50 mm Olympusa i 12–32 mm Panasonica. Zaletą pierwszego jest uszczelniony korpus, stała długość, mechaniczna lub elektryczna zmiana ogniskowej oraz autentyczny tryb makro. Panasonic przeciwstawia rozmiary i wagę.

Muszę przyznać, że bardzo ciekaw byłem tej części testu, ponieważ podczas przedpremierowych prezentacji Japończycy przedstawiali ten zoom – porównując wykresy MTF z wykresami konkurentów – jako jedną z najlepszych konstrukcji w swojej klasie. Żeby zatem wyrobić sobie jakąś bardziej konkretną opinię i jakoś “umiejscowić” go w dotychczasowej ofercie Mikro Cztery Trzecie, wziąłem dodatkowo do testu zoom Olympusa o podobnym zakresie ogniskowych – M. Zuiko Digital ED 12–50 mm f/3,5–6,3. I bardzo dobrze, bo efekty okazały się rzeczywiście ciekawe ;-)

Test ostrości zdjęć

W całym teście realnej szczegółowości obrazu tylko raz, tylko w jednym pomiarze rzeczywiście ujawniła się wyraźna różnica między zoomem Panasonica a zoomem Olympusa – bok kadru przy najkrótszej ogniskowej. Jako “bok” rozumiane są w naszej procedurze testowej pomiary wykonane powyżej 60% odległości od środka kadru, a w przypadku tych konkretnych pomiarów – nawet powyżej 70%.

Rzeczywiście widać, że Panasonic 12–32 mm oferuje wyraźnie lepszą ostrość przy brzegach kadru. Różnica jest tak duża (sięga 1000 linii na wysokość kadru), że da się ją zauważyć gołym okiem na zwykłych zdjęciach, o ile będą to zdjęcia wykonane przy dość dużym otworze przysłony.

Natomiast więcej jest niespodzianek – z punktu widzenia Olympusa 12–50 mm – pozytywnych. W centrum kadru różnica na korzyść obiektywu Panasonica jest tak mała, że właściwie pomijalna (niezależnie od ogniskowej), a przy dłuższych ogniskowych również ostrość przy brzegu kadru jest w obu obiektywach podobna, choć nadal z przewagą mniejszego Lumixa G 12–32 mm. Warto też zwrócić uwagę na pewien drobiazg – przy 32 mm maksymalny otwór przysłony Olympusa to f/5,5, a w przypadku Panasonica – f/5,6.

Gratis dodaję pomiar przy 50 mm ;-) Oczywiście dotyczy on tylko zoomu Olympusa, który nie jest przecież głównym bohaterem tego testu, no ale skoro już i tak wszedł on do artykułu boczną furtką, to warto to wykorzystać do końca. Jak widać, ostrość przy najdłuższej ogniskowej jest w tym zoomie nieco słabsza niż przy 32 mm, za to nadal bardzo wyrównana w całym kadrze.

Test aberracji chromatycznej

Skoro ostrość obrazu rejestrowanego przez Panasonica 12–32 mm zauważalnie spada poza centrum kadru, musi być ku temu jakiś powód (lub kilka powodów). Z reguły pierwszym podejrzanym jest aberracja chromatyczna – w tym przypadku podejrzanym, który okazał się winny.

Zdecydowanie najgorzej jest przy krótszej ogniskowej. Przy 12 mm dość często zdarzało się, że aberracja zmierzona powyżej 70% odległości od centrum kadru przekraczała 4 piksele (rekordowo nawet 5), co oznacza, że niezbyt ładne przebarwienia na brzegach kontrastowych motywów mogą być rzeczywiście widoczne na zwykłych zdjęciach. W centrum kadru było już znacznie lepiej – jeszcze przy odległości 40–50% od środka kadru AC nie przekraczała z reguły 0,5 piksela.

Przy ogniskowej 32 mm wszystko wyglądało podobnie, ale… znacznie lepiej. Najgorsze wyniki (70–80% od środka kadru) oscylowały wokół 2 pikseli, natomiast bliżej centrum problem aberracji chromatycznej na dobrą sprawę zwyczajnie nie istniał.

Test geometrii i winietowania

Test geometrii obrazu

Przy tym teście jak bumerang wraca kwestia poprawiania jakości obrazu na drodze elektronicznej. Pisałem o tym wielokrotnie, więc tylko cztery najważniejsze uwagi w skrócie. Po pierwsze, to już wszyscy lub prawie wszyscy producenci sprzętu fotograficznego stosują tę metodę. Po drugie, to dobrze, że ją stosują. Po trzecie, wywoływanie RAW-ów w dobrym programie, takim jak Lightroom, nie zbliży nas w żadnym stopniu do prawdy, bo dobre rawery poprawiają tak samo, jak sam aparat, zapisując pliki JPEG. Po czwarte wreszcie, nam przecież chodzi o jakość, a nie o kiepskość, więc warto cieszyć się tymi poprawionymi wynikami i właśnie je brać pod uwagę – bo przecież realne zdjęcia też staramy się mieć jak najlepsze, a nie jak najgorsze.

No to do rzeczy. Przy najkrótszej ogniskowej (12 mm, pierwszy wykres po prawej stronie) zoom Panasonica wykazuje zauważalne zniekształcenie beczkowate (-1,82%), które rzeczywiście możę być widoczne również na zwykłych zdjęciach, takich jak to. Przy ogniskowej 24 mm mamy geometrię niemal idealną (mikroskopijna “poduszka” 0,057%, poniżej błędu pomiarowego), która przy 32 mm jest ciut większa, ale również pomijalna (0,179%).

A teraz ciekawostka dla ciekawskich, bez jakiegokolwiek znaczenia praktycznego ;-) Otóż gdybyśmy uparli się i zbadali obraz z zoomu Panasonica bez jakichkolwiek poprawek na drodze elektronicznej, to zniekształcenie beczkowate zmienia się wtedy – przy 12 mm – w zniekształcenie bekowate. Widać to na drugim zdjęciu pomiarowym, a właściwie to tym samym, co pierwsze, ale wywołanym prostym programem na bazie dcrawa. Zmierzone zniekształcenie sięga w takim przypadku -6,38%. Przy 24 mm jest to nadal “beczka” -0,2% (praktycznie żadna), zaś przy 32 mm lekkie zniekształcenie poduszkowate (1,05%).

Test poziomu jasności w kadrze

Mamy drugiego winnego spadku ostrości zdjęć poza centrum kadru – to winietowanie. Przy najkrótszej ogniskowej i w pełni otwartej przysłonie (obrazek obok) spadek jasności na brzegach kadru dochodzi niemal do 1 EV, a w rogach nawet do 1,5 EV.

Oczywiście nie jest duże, w samych rogach kadru dochodzi tylko do –1 EV, a przy przysłonie przymkniętej do f/4 znika całkowicie. Ale jest, więc zapewne aparaty z matrycą APS-C miałyby spory problem ze spadkiem jasności bliżej brzegów kadru. Dobra wiadomość jest taka, że już po przymknięciu przysłony do f/5 problem niemalże znika (-0,2 EV w samych rogach kadru). I to “niemalże” trwa aż do przysłony f/22.

Przy dłuższych ogniskowych jest znacznie lepiej! Nawet w pełni otwarta przysłona (f/5,6) przy ogniskowej 32 mm oznacza spadek jasności w samych rogach na poziomie -0,5 EV. Dlatego też jakość obrazu przy dłuższych ogniskowych jest wyraźnie lepsza…

Praca pod słońce

Dopiero dziś rano (6.11.13) pogoda była na tyle łaskawa, że dało się w ogóle zauważyć słońce. A oto rezultaty, bez obróbki, jedynie zmniejszone w Photoshopie:

Jest nieźle! Nawet bardziej niż nieźle. Spadek kontrastu oczywiście występuje, ale jest nieznaczny – nawet w sytuacji, gdy słońce znajduje się bezpośrednio w kadrze (dwa pierwsze zdjęcia). Całkiem dobrze obiektyw radzi sobie już przy najkrótszej ogniskowej, a później jest jeszcze lepiej.

Mimo wielu prób i najszczerszych chęci nie udało mi się też zarejestrować żadnych spektakularnych blików czy flar, niezależnie od ogniskowej czy stopnia otwarcia przysłony. Jedyne dwa przypadki niedużych blików w prawym dolnym rogu widać na dwóch górnych zdjęciach, na których słońce znajdowało się w kadrze.

Podsumowanie

To nie jest idealny obiektyw. Tak jak idealnym obiektywem nie jest Panasonic 20 mm f/1,7 albo Olympus 17 m f/1,8. Ale tak samo, jak w przypadku tych dwóch wymienionych konstrukcji, zoom 12–32 mm ma wielkie szanse na to, by stać się podstawowym obiektywem wielu fotografów używających sprzętu Mikro Cztery Trzecie.

Jego największą, przeogromną zaletą, są oczywiście rozmiary i waga. Ale nie tylko, bo jak pokazał test laboratoryjny, Panasonic 12–32 mm oferuje też naprawdę wysoką jakość obrazu, zwłaszcza przy dłuższych ogniskowych (co wcale nie jest regułą…). Do tego dochodzi solidna budowa, elegancki wygląd, a także dość cichy i szybki autofokus. Cała “mieszkanka” jest zatem spójna i nie prezentuje jakichś ewidentnie słabych punktów. No chyba że ktoś lubi ręcznie ustawiać ostrość…

Tak wygląda Lumix G 12–32 mm z dokręconą alternatywną (i bardzo dobrą!) osłoną do Olympusa 45 mm f/1,8. Wygląda to całkiem sympatycznie, ale przy najkrótszej ogniskowej pojawia się straszliwe winietowanie, które znika przy ok. 20 mm.

W porównaniu do konstrukcji typu naleśnik, Lumix G 12–32 mm ma jeszcze jedną dużą zaletę – przy zachowaniu niezwykle małych rozmiarów i wagi jest zoomem, a nie “stałką”. Przydatny szeroki kąt, umiarkowane, ale wystarczające “tele” – to wszystko sprawia, że uniwersalność zastosowań tego obiektywu jest naprawdę wyjątkowa.

Mocno zachęcam do nabycia tego obiektywu, oczywiście najlepiej w komplecie z Lumixem GM1 ;-) Ale i sam obiektyw naprawdę warto jest naszego zainteresowania, jeśli cenimy sobie niewielkie wymiary i wagę sprzętu fotograficznego, ale nie chcemy iść na kompromis z możliwościami i jakością obrazu.

W skrócie

+ niezwykle wymiary i waga
+ wysoka jakość obrazu, zwłaszcza w centrum kadru, ale i przy brzegach też (poza 12 mm)
+ solidna, metalowa obudowa
+ elegancka stylistyka, świetnie pasująca do Lumixa GM1
+ dość cicha praca autofokusu, akceptowalna do nagrywania wideo
+ dość szybka praca autofokusu
+ nieruchoma tylna soczewka i nieobracająca się przednia soczewka

– brak pokrętła ręcznej regulacji ostrości
– brak zabezpieczenia przed przypadkowym złożeniem obiektywu do pozycji transportowej
– brak możliwości zamontowania osłony przeciwodblaskowej (poza alternatywnymi osłonami wkręcanymi)
– nie do końca skorygowana dystorsja beczkowata przy najkrótszej ogniskowej i spore winietowanie i aberracja przy brzegach kadru

Przykładowe zdjęcia

Dużą galerię zdjęć wykonanych tym obiektywem można zobaczyć w specjalnym wpisie, jednak są to zdjęcia wykonane w słabych warunkach oświetleniowych. W najbliższym czasie pojawią się zatem w tym wpisie przykładowe zdjęcia wykonane obiektywem w dobrym oświetleniu.

Zobacz więcej artykułów z serii: Testy obiektywów

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Testy:

Nikon Df - pierwsze wrażenia Sony A7 – pierwsze wrażenia i zdjęcia testowe Fujifilm X-E2 i XQ1 - pierwsze wrażenia i zdjęcia Fujifilm Instax mini 90 Neo Classic - natychmiastowa zabawa w stylu retro [test] Panasonic Lumix GX7 - mistrz personalizacji [test] Olympus OM-D E-M1 - profesjonalista w swojej klasie [test] „Fotografowanie ludzi – o tworzeniu prawdziwych portretów“ – recenzja książki Zalamo.com - internetowe narzędzie dla fotografów do pracy z klientami [recenzja]

Popularne w tym tygodniu:

Huion Inspiroy Q11K - obiecujący, duży i niedrogi tablet z dalekiego wschodu [test] Voigtlander 10 mm f/5.6 Hyper Wide Heliar Aspherical - test spektakularnego hiperobiektywu Olympus TG-5 - wakacyjny test. Twardziel na sterydach: z filmami 4K i zapisem RAW Voigtländer 21 mm f/4 Color Skopar P-Typ, czyli małe zaskoczenie [test]